« Previous PageNext Page »

W zasadzie na koniec naszej pierwszej wyprawy postanowiliśmy zajechać jeszcze do Garoe, gdzie mapka wskazywała okaz zwany Arbol Santo - czyli Święte Drzewo. Trochę byliśmy już strudzeni wyprawą całą, bo i gorąco, droga kręta, czasem wyboista, no ale Drzewo to Drzewo - zobaczyć je trzeba :)

Droga do samej roślinki to ze 2 km wybojów i podskakiwania, aż w końcu docieramy do parkanu. A dalej oczywiście na nóżkach :) Na szczęście wieczór już się zbliżał, więc i chłodka troche przybyło. Spacerkiem poszliśmy obejrzeć ten okaz.

Generalnie - drzewo jak drzewo :) Schodzi się do niego kamienną dróżką, co jakiś czas mijając “studzienki” wydrążone w głębi skał. Na samym końcu, na niewielkim wzniesieniu, w skalnej wnęce stoi wielkie drzewo. Omurszałe, widać że dosyć stare.

Jak się dowiedzieliśmy z opisów drzewo to (a w zasadzie pierw nie to, a jego poprzednik, prawdziwe świete drzewo, które zniszczało podczas huraganu i zostało zastąpione tym) zatrzymywało w swoich liściach duże ilości wody, którą magazynowało właśnie w tych jaskiniowych “studzienkach”. No, to tak mniej więcej jakoś :)

Ogólnie - Fajne i warte obejrzenia :)



Z zalesionych szczytów górskich skierowaliśmy się na samo południe. Do tego co nazywają miejscowością turystyczną, czyli do La Restinga. Droga naprawdę fajna. Zjeżdżamy w dół, droga miejscami kręta, za El Pinar zostawiamy ostatnie zabudowania i jedziemy.. pustkowiem. W dole widzimy kratery wulkanów, przestrzenie pokryte lawą, krajobraz nieco księżycowy. I tak przez 14 km, kiedy to zza zakrętów wyłaniają się pierwsze budynki Restingi.

I tu się kończy co było piękne ;)

Nie da się ukryć, Restinga odbiega wyobrażeniami od tego co nazywamy miejscowością turystyczną. Oczywiście jest tu mała zatoczka, porcik jachtowy i niewielka plażyczka (czarna). Jest coś na kształt deptaka, jak nie ma sjesty to nawet bary są otwarte i można zjeść świeżą rybkę ;) Tyle że na tym koniec.
No i urodziwe niestety za bardzo również nie jest.

Nie było co robić, jedzenie było zamknięte, więc ruszyliśmy dalej. Na mapie zachęcająco wyglądał sąsiedni Tacoron, no i Cueva del Diablo - diabelska jaskinka, i tam się udaliśmy.

Pozostawiliśmy nasz pojazd na parkingu i poszliśmy za znakiem wskazującym na ten ciekawy obiekt. Temperatura była nieco wysoka, 34 powiedzmy stopnie, droga łysa, może nie bardzo wspinaczkowa (na szczęście), ale wystarczająco, żeby mieć jej dosyć ;) . Standardowo pomyśleliśmy, że to pewnie niedaleko, więc poszliśmy jak staliśmy :)

Idziemy, idziemy, potem się wspinamy. I tak dotarliśmy do tablicy Cueva del Diablo - niebezpieczeństwo, możliwe obsunięcia skał. Ale jakoś to z boku napisane, więc poszliśmy dalej szukać tej przeklętej jaskini.

Idziemy, idziemy, dalej się wspinamy, rękami i nogami sobie pomagamy. I tak byśmy szli i szli, tylko droga nam się skończyła… Hmm..

I co teraz? - pomyśleliśmy. Gdzież ta jaskinia? Diabeł ją chyba ogonem nakrył!

Było gorąco, i mieliśmy już cokolwiek dosyć, więc dla świętego spokoju ustaliliśmy, że była ona przy tej już miniętej tablicy, a nie będziemy do niej schodzić, bo jeszcze nam skała na łeb spadnie :D

I tak oto wyglądała nasza Krótka Wyprawa do Diabelskiej Jaskini :)



Z la Frontery pojechaliśmy drogą dalej w górę. Tym razem w zasadzie zatrzymywaliśmy się tylko na punktach widokowych lub w innych miejscach, które przyciągnęły naszą uwagę.

Cała górska droga biegnie przez bardziej lub mniej gęste lasy, głównie obsadzone słynną kanaryjską pinią (sosną). Ale ich obecność jakoś wcale nie wpłynęła na obniżenie temperatury ;/

Gdzieniegdzie widać całe przestrzenie, na których znać jeszcze efekty dawniejszych pożarów. Nie ma wogóle ściółki, nic kompletnie przy samej ziemi, tylko drzewa, z opalonymi, czarnymi korami i zielonymi igiełkami :) Domena to kanaryjskiej pinii, która na szczęście odporna na ogień jest i szybko odżywa po pożarach (o ile oczywiście nie spali się za bardzo!).

Same sosenki rosną tak dziwnie - jest jedno wzgórze, na które jak się patrzy to wygląda jakby stały na nim równym rządkiem przestraszone drzewa :) Ogólnie bardzo ładny kontrast - brąz podłoża z głęboką zielenią drzew. Bosko!

Do tego widoczki! No po prostu zachwycające jest, kiedy stoisz na jakiejś wysokości, widzisz pod sobą wyspę, na której stoisz, widzisz, jak otacza ją wielki ocean, i widzisz.. sąsiednie wyspy wyłaniające się ponad chmurami. Z jednej strony La Palma, z drugiej jedna obok drugiej Gomera i Teneryfa. Naprawdę nie można się napatrzeć!



Goniąc za stacją trafiliśmy do Frontery. W sumie chcieliśmy przez nią przejechać i zobaczyć jak wygląda, bo nie byliśmy cały czas pewni, czy na pewno chcemy pozostać w Valverde, jako miejscu wypadowo-noclegowym. No a Frontera na mapie wyglądała dosyć zachęcająco (dużym fontem napisana ;))

Po wizycie postanowiliśmy pozostać w Valverde.

Bo i we Frontera nie ma NIC. Były zamknięte bary i domki. W okolicach apartamenty. Też na pewnej wysokości, więc o morzu za oknem można tylko pomarzyć :) Jakoś ogólnie tak mało sympatycznie.

Jedyne miejsce nawet ładne to kościół. Też ciekawe rozwiązanie: sam kościół stoi sobie przy głównej ulicy, obok niego niewielki okwiecony placyk. Za kościołem wzgórek, taki sporawy, czerwoną ziemią obsypany. A na wzgórku - dzwonnica :)



Jak to zawsze w samochodzie ta okropna wskazówka od benzyny zawsze musi zacząć wskazywać rezerwę. Odległości może i tu są małe, no ale drogi mocno w górę raczej nie sprzyjają oszczędnej jeździe ;). Czas więc był na odwiedzenie Stacji Benzynowej.

My - Dzieci Miasta przyzwyczajeni do luksusu, zszokowaliśmy się nieco, gdy odkryliśmy, że na całej wyspie są.. Uwaga!.. 3, słownie:TRZY stacje! W sumie po co im więcej. Do tego takie jakieś pochowane, że za nic znaleźć nie mogliśmy :) Znaczy, znalazłyby się wcześniej, ale nasza przedpotopowa mapa jakoś mylnie miała drogi zaznaczone i ciągle nie tą do miasteczka wjeżdżaliśmy :)

Ostatecznie, na oparach, udało nam się ją znaleźć ;)

A tak przy okazji stacji - szukaliśmy myjni, jakiejkolwiek myjni - ręcznej, mechanicznej, wiaderka z wodą, żeby umyć samochoda. Hehe - na całej wyspie są Dwie!! :) Przy czym jedna we Fronterze, tak automatyczna, na pieniążek. A druga w Valverde - pan myje ręcznie w Nieoznaczonym garażu - oczywiście czynna tylko wtedy kiedy jest pan, czyli Bliżej Nie Wiadomo Kiedy ;)

Jednym słowem - Rozrywka na całego ;)



Trasę naszą zaczęliśmy od północy, dokładniej od linii wybrzeża. Zatrzymywaliśmy się jak nam coś się w oczy rzuciło :)

Pierwszy przystanek to Punta Grande, w zasadzie pierwsza mieścinka od wyjazdu z długaśnego tunelu. I chyba jedyna, która naprawdę mi się podobała. Ładne kamienne domki, sympatyczna okolica, położona nad samym oceanem, na skalistym wybrzeżu. I do tego na jedynym, wysuniętym w morze cypelku - hotel! Zresztą Najmniejszy Hotel na świecie. Wygląda super i zapewne niesamowicie musi wyglądać pobyt tam podczas sztormu, kiedy fale walą ci w okna ;)

No ale pomimo że nawet ładne, to jakoś nie wyobrażam sobie dłuższego pobytu tam, bo po prostu nie ma tam NIC.

Tak więc wsiedliśmy w samochodzik i pojechaliśmy oglądać dalej. Oczywiście jadąc ominęliśmy połowe skrzyżowań ze skrętem na te wartościowe miejsca, i w ten sposób dotarliśmy prawie do końca wybrzeża, czyli do Pozo de la Salud. W którym też nic nie ma :) To znaczy owszem - jest hotel oraz wodno-siarkowe terapie wodne. Bardzo fajna, relaksująca i lecznicza sprawa. No ale poza tym to nie ma nic :).

Potem dalsza droga w kierunku zachodnim. Plaża Arenas Blancas, którą ominęliśmy oraz Verodal, na którą nie dotarliśmy, bo droga była strasznie kołtuniasta :).

Ale same widoki i krajobrazy były superowe. Wszędzie między tymi mieścinkami totalne pustkowie, zero domka, rzadko kiedy jakaś roślinka, wszędzie lawy, lawy i skały, lawy, skały i głaziki. Lawy - takie jeszcze nie skruszone, nie zwietrzałe. Zastygnięte i skamieniałe jak płynęły. No piękne!

Co jak co, ale po tych wakacjach nieco zwariowałam na punkcie wulkanów i law, i pieję z radości i zachwytu jak tylko zobaczę kawałek kamyczka :D I oczywiście dodatkowo robie 1000 zdjęć każdego okazu ;)

Tu w zasadzie trasa północnego wybrzeża dobiegła końca. Pozbieraliśmy kamuli (znaczy Lawek) i pojechaliśmy na trasę górską :). O czym oczywiście będzie dalej..



Hierro ma bardzo strome, urwiste i dość wysokie brzegi, a i morze w tym miejscu jest raczej niespokojne. Nie ma więc tu takich typowych plaż. Chyba jedyna (przynajmniej tyle znalazłam!) znajduje się na samym południu w miejscowości La Restinga - jest niewielka, o czarnym piasku, położona w maleńkiej zatoczce.

Oprócz niej na wyspie znajduje się wiele naturalnych, kamiennych basenów. Są one oddzielone od pełnego morza skałami lub kamiennymi “murkami”, cały czas wpływa do nich świeża morska woda. Najwięcej takich jest na północnym wybrzeżu tj. w Charco Azul, Piscinas de la Maceta, Pozo de las Calcosas. Na południu wykąpać się można w Tacoron. Bardzo fajnie jest to rozwiązane: baseniki zaopatrzone są w drabinki, nie są głębokie, jedyne co niemiłe to kamieniste dno - ale patrząc po ilości ludzi raczej nie jest to tak bardzo przeszkadzające :)

A przy niektórych dodatkowo ustawione są stanowiska do grilowania! WOW! (Uwielbiam ta kanaryjska manie ustawiania wszędzie stołów i piecyków grilowych!). Tak więc spokojnie można zaplanować sobie cały piknikowy dzień: kąpiel w morzu i grilowane kiełbaski. Mniaaam!

No tak, zapomniałam, jeszcze są plaże na zachodzie samym: Arenas Blancas (ponoć biała) i Verodal (czerwona). Nie dotarłam do nich, bo szczerze mówiąc nie chciało mi się w ten gorąc biegać po skałach, żeby kawałek piasku zobaczyć :D



El Hierro jest wyspą górzystą. Brzegi ma strome, urwiste, a płaskich terenów niewiele. W zasadzie już od niewielkiej odległości w kierunku wnętrza wyspy zaczyna ona mocno piąć się w górę.

Dróg ma niewiele. W sumie jedna główna w kółko i odgałęzienia. Tylko większość jej przebiega na sporych wysokościach, a trasa biegnie nie inaczej jak w dół, górę, lewo i prawo. Doświadczyć tu drogi zarazem prostej i poziomej graniczy z cudem. A te pagórkowate to nie takie delikatne wzgóreczki, lecz Himalaje niemalże. Czasem nawet dochodzą nachyleniem do blisko 45 stopni. Więc atrakcje ewidentnie mamy już podczas samej jazdy ;)

Turystycznie kiepsko przygotowane i często do turystycznych atrakcji dojeżdża się piaskową, wąską drogą. Oczywiście warto się poświęcić i trochę potelepać w samochodzie, choć po kilku takich trasach staje się to trochę męczące hehe. W sumie zawsze można dotrzeć tam również piechotą. My zgodnie odrzuciliśmy ten plan, nie ze względu na lenistwo bynajmniej, lecz na temperaturę :D Sierpniowe upały nie są najlepszą porą na piesze wędrówki po nieosłoniętym terenie ;)

I jeszcze wróćmy do kwestii oznaczeń. Oszczędność kanaryjska nie zna w tym przypadku granic. Oznaczenia są - ale np. tylko w jedną stronę. Jak jedziesz z przeciwnej to niechybnie je ominiesz :) Albo stoją 100 metrów za skrzyżowaniem, więc np. wtedy dopiero orientujesz się, że miałeś pojechać inną trasą ;)
Tak że potrafi być całkiem rozrywkowo :D



W sumie odbyliśmy dwie podróże po wyspie, pierwsza była taka bardziej przypadkowa, bo wsiedliśmy do samochodu nie wiedząc jeszcze co jest na mapie i co ogólnie mamy zobaczyć. Druga już bardziej ukierunkowana na te miejsca, których nie widzieliśmy za pierwszym razem :)

To co mnie na sam początek zaskoczyło to temperatura. Kiedy wsiadałam do samochodu w Valverde było 18 stopni, miły przenikliwy chłodek, aż cofnęłam się po sweter i długie spodnie (szok! kanary, sierpień i długie spodnie!). Cóż, kawałek dalej wyjechaliśmy ze strefy chmur. Robiło się coraz cieplej i cieplej, i wszędzie słońce, a my jak na patelni :) Ot, “niewielka” różnica temperatur - poza chmurami, czy to w górę, czy w dół było ponad 30 stopni! No i jak widać - jakoś przeżyliśmy ;)

Za drugim razem oczywiście byłam przezorniejsza i zabrałam ze sobą całe umundurowanie: od swetra, aż po krem do opalania :)

Innym, do czego przez długą chwilę nie mogłam przywyknąć to Odległości. Patrzę na mapę, myślę - o to kawałek pojedziemy sobie, podnoszę głowę - a my już właśnie jesteśmy w tym miejscu! No zupełnie inna skala, zupełnie inne odniesienie na tej maleńkiej wyspie. Nijak nie mogłam dojść co i jak :) Tak więc nie raz musieliśmy się cofać na rozwidleniach, żeby jednak pojechać tą drogą którą zamierzaliśmy. Dla usprawiedliwienia dodam - żeby nie wyszło że przytępawa jestem w tej dziedzinie ;) , że oznaczenia dróg są tu bardzo oszczędne, i często ich właściwie nie ma :D



Oczywiście tak szybko planowaliśmy podróż, że pojawiając się na El Hierro nie mieliśmy ze sobą nawet mapy, nie mówiąc już o innych informatorach. Byliśmy przekonani, że na miejscu znajdziemy najbardziej adekwatne i dokładne przewodniki. No i tu się okazało, że nieco przeceniliśmy tę wysepkę.

Otóż no - wyspa kanaryjska - kojarzy się z palmą, plażą, niebieską wodą i półnagimi kobietami w kwiatowych wieńcach. I turystami. Ale nie - zapomnij o tym na el hierro. Turyści może i są, ale są ich śladowe ilości. No i w związku z tym przygotowanie turystyczne jest tu na raczej niskim poziomie. Ba! Nawet pamiątek za bardzo nie ma!

Na całe szczęście znaleźliśmy dość kompetentny punkt Turystyczny, gdzie można dostać w miarę dobry przewodnik (i nawet tani, w przeciwieństwie do tych co oferują ci 20 zdjęć i 3 linijki tekstu). Mapę kupiliśmy o dziwo na stacji benzynowej - o dziwo, bo na kanarach rzadko mi się zdarzyło znaleźć mapę w tym miejscu. Co prawda drogi na niej z 2004go roku, ale jeszcze dało się skorzystać :)

I tak wyposażeni wyruszyliśmy Na Szlak!



« Previous PageNext Page »