El Hierro słynie ze swoich wielkich jaszczurek - Lagartos Gigantes. Faktycznie w ciepły dzień mnóstwo różnych gatunków tych zwierzątek wygrzewa się na kamieniach, chodnikach, ławkach. Kiedy przechodzisz wkoło ciebie ze wszystkich stron słychać poruszenie gałązek, kiedy uciekają w głąb krzaczków. Niektóre spokojnie spacerują sobie po ulicach :)

Wszystkie są śliczne i słodziutkie. Uwielbiam na nie patrzeć :) I mają takie fajne oczka! Szkoda, że złapać się nie dają ;/

Na wyspie utworzyli nawet coś w rodzaju mini-zoo z jaszczurkami, tzw. Lagartario. Oczywiście zachwyceni jaszczurami pojechaliśmy tam. Niestety muszę przyznać, że się rozczarowałam. No nie samymi zwierzaczkami, bo w końcu ich nie widziałam :) No ale cena biletu była nieco wygórowana jak na naszą chęć wydawania pieniędzy, a do tego ten zakaz fotografowania..

Zgodnie więc uznaliśmy, że wolimy za darmo popatrzeć na jaszczurki w ich naturalnym środowisku :)



Po tych dwóch pełnych wrażeń dniach pozostały nam jeszcze całe cztery do wyjazdu. W Valverde nie było już co robić, już widzieliśmy je dnia drugiego ;) , wyspę w zasadzie zjeździliśmy wszerz i wzdłuż. Z nudów co i rusz patrzyliśmy na mapę, żeby sprawdzić, czy jest może jeszcze coś czego nie widzieliśmy. I tak znaleźliśmy Refugio Los Burros Felices :)

W sumie ciekawa sprawa - schronisko dla osiołków, co więcej - dla osiołków Szczęśliwych ;) No a do tego osiołki są takie słodkie, że nie można tak sobie odpuścić przyjemności popatrzenia na nie.

I pojechaliśmy. Refugio wg mapy miało znajdować się w Guarazoca, tuż obok Mirador de la Pena, tyle że nie było nigdzie określone w którym miejscu dokładnie. Ale skoro oznaczone jako “ciekawostka do zobaczenia” to liczyliśmy na jakiś drogowskaz.

Ale przecież jesteśmy na Hierro - więc oczywiście żadnej wskazówki nie było, żadnej tabliczki, żadnego napisu. Przeszliśmy w lewo, w prawo. Nic. W końcu daliśmy sobie spokój, no bo jakby były gdzieś te osły to by je przecież było widać. Albo słychać ;)

Jednak nie dawało mi to spokoju, a i nuda doskwierała na tyle, że uparłam się, że je znajdę. Wyszukałam nawet info o nich na necie. I kierując się już bardziej zbliżonymi wskazówkami podjęliśmy drugą próbę Osiołkową.

Podjechaliśmy do Miradora i z tamtąd szliśmy w dół drogą rozglądając się tu i tam. No bo przecież Gdzieś być muszą!

No i w końcu! Bingo! Udało się! Znaleźliśmy…

…ogrodzenie.

I tabliczkę: “Przepraszamy, osiołki zostały przewiezione do schroniska w Alicante”.

Buuuuuu! Nie muszę mówić jak bardzo byłam zrozpaczona!



Kolejny przystanek - El Sabinal. I to jest miejsce, którego uważam nie można opuścić podczas pobytu na El Hierro. Po prostu powinno być koniecznym punktem każdej tu wizyty.

Wyobraźcie sobie przestrzeń - wszystko w tonacji jasnego drewna i szarości. Powierzchnie pokryte znikomą roślinnością. I te drzewa. Drzewa niesamowicie powyginane pod wpływem wiecznie wiejących, bardzo silnych wiatrów. Poskręcane konary, powykręcane pnie. Korony tak nisko wygięte ku ziemi, że wydają się nieomal po niej pełzać.

Wygląda jak wielkie pobojowisko. Cisza po burzy. Nieodłącznie kojarzyło mi się z polem bitwy z Władcy Pierścieni.

Tak niesamowite, że można w nieskończoność napawać się tym widokiem. I zauroczyć.

A widok tych drzew? Niesamowity.

Zachwycający.

Przerażający.

Upajający.



W zasadzie na koniec naszej pierwszej wyprawy postanowiliśmy zajechać jeszcze do Garoe, gdzie mapka wskazywała okaz zwany Arbol Santo - czyli Święte Drzewo. Trochę byliśmy już strudzeni wyprawą całą, bo i gorąco, droga kręta, czasem wyboista, no ale Drzewo to Drzewo - zobaczyć je trzeba :)

Droga do samej roślinki to ze 2 km wybojów i podskakiwania, aż w końcu docieramy do parkanu. A dalej oczywiście na nóżkach :) Na szczęście wieczór już się zbliżał, więc i chłodka troche przybyło. Spacerkiem poszliśmy obejrzeć ten okaz.

Generalnie - drzewo jak drzewo :) Schodzi się do niego kamienną dróżką, co jakiś czas mijając “studzienki” wydrążone w głębi skał. Na samym końcu, na niewielkim wzniesieniu, w skalnej wnęce stoi wielkie drzewo. Omurszałe, widać że dosyć stare.

Jak się dowiedzieliśmy z opisów drzewo to (a w zasadzie pierw nie to, a jego poprzednik, prawdziwe świete drzewo, które zniszczało podczas huraganu i zostało zastąpione tym) zatrzymywało w swoich liściach duże ilości wody, którą magazynowało właśnie w tych jaskiniowych “studzienkach”. No, to tak mniej więcej jakoś :)

Ogólnie - Fajne i warte obejrzenia :)