Mała wyspa, na końcu świata, z dala od innych. Na zachód i południe już tylko wielki ocean.

Kilka razy w tygodniu zawita prom i samolot przywożąc trochę nowych towarów, trochę turystów, trochę mieszkańców wracających do domów z okolic.
Słońce praży od rana do późnego wieczora ogrzewając wybrzeża i górskie szczyty. Na wysokości Valverde wciąż gromadzą się ochładzające chmury.
Co jakiś czas drogą niespiesznie przejedzie samochód zdążając ze stolicy do La Frontery. Co jakiś czas minie inny, zmierzający w przeciwnym kierunku.
Miasteczka wydają się być wyludnione, wszędzie panuje cisza i spokój. Nikt tu się nie spieszy, każdy robi wszystko swoim rytmem. Nikt się nie denerwuje, wszyscy są pogodni i weseli.
Życie po prostu biegnie. Jakby nie istniały żadne problemy, żadne przeszkody. Dni po prostu mijają.

I takie właśnie jest El Hierro - małe, spokojne, żyjące własnym życiem, oderwane od rzeczywistości.

Taki Kraniec Świata.



Po tygodniu zakończyliśmy nasz pobyt na El Hierro. Tylko tydzień, czy Aż? Ciężko mi się jeszcze ustosunkować co do tego, szczególnie biorąc pod uwagę 12-togodzinne oczekiwanie na prom w porcie, gdzie nie ma NIC :)

Ale - generalnie wyspa bardzo mi się podobała. To co widziałam, te wszystkie miejsca, naprawdę warte były zobaczenia. Sabinal, Meridiano - no rewelacja. Właściwie jeśli chodzi o samą naturę, przyrodnicze walory to wyspa jest Zajebista.

Nie jest typowo turystyczna, więc przygotowanie minimalne, ale czy to źle? Jak dla mnie bardzo przyjemnie było poznawać tę wyspę samemu, pokonywać szlaki na własnych nogach (a nie piękną asfaltową drogą i samochodem), odkrywać nowe, nie oznaczone na mapie miejsca samemu, a te polecane - po swojemu :)

Trochę zawiodłam się na wioskach. O ile krajobrazy przyrodnicze są przepiękne to wioski.. no cóż, pozostawiają wiele do życzenia. Tak naprawdę są brzydkie i kompletnie pozbawione klimatu. No i, jeśli nie jesteś mieszkańcem, to totalnie nie zapewniają ci zajęcia i rozrywki.

Tak więc, kiedy wyspę już obejrzymy wszerz i wzdłuż, pozostaje nam jedynie spacer po wciąż tych samych dwóch uliczkach lub leżenie plackiem przy skalnym baseniku :)

Podsumowując - nie jest to wymarzona wyspa na wakacje życia, ale na pewno świetne miejsce na 3-dniowy wypad w gronie znajomych na wędrówkę “szlakami el hierro”.



To może kilka słów o typowych specjałach z Hierro. I o tym co się tam takiego nietypowego dla naszej kuchni je.

W lokalnych barach jest wiele naleciałości kuchni wenezuelskiej (no to nie jest typical oczywiście, ale tak powszednie, że muszę o tym wspomnieć), szczególnie w oparciu o mąkę kukurydzianą. Mamy więc takie przekąskowe:
- Arepas - placki kukurydziane wypełnione np. mięsem, serem, etc., całość oczywiście serwowana na ciepło, oraz
- Cachapas - taki wielki naleśnik kukurydziany, słodki, złożony na pół i wypełniony jak arepa: mięsem, serem, co kto woli. Również na ciepło. Nawet dobry, choć trzeba się przyzwyczaić do połączenia słodzonego ciasta z np. mięsem ;)

Z typowych wyrobów trafiliśmy na szczególny rodzaj sera - Queso de Almendras. W zasadzie z serem to ma niewiele wspólnego, chyba tylko walcowaty kształt :) Ogólnie jest to masa z migdałów, cukru i mleka uformowana, no właśnie - na kształt sera. Przywieźliśmy sobie taki jeden do spróbowania i jest Przepyszny! Nawet jak na kanaryjskie umiejętności odpowiednio słodki :)

Poza tym bardzo dobre sery mają. Mniam!

Wytwarzają też całą gamę win, jak to na hiszpan przystało. Ale muszę przyznać, nie miałam specjalnej ochoty na próbowanie, więc nie umiem powiedzieć, czy dobre one, czy nie ;) Zabraliśmy ze sobą jedno, to przy jakiejś okazji ocenimy :D

I w zasadzie chyba na tym kończy się moja znajomość produktów Herrenos :)



Jak to zawsze w samochodzie ta okropna wskazówka od benzyny zawsze musi zacząć wskazywać rezerwę. Odległości może i tu są małe, no ale drogi mocno w górę raczej nie sprzyjają oszczędnej jeździe ;). Czas więc był na odwiedzenie Stacji Benzynowej.

My - Dzieci Miasta przyzwyczajeni do luksusu, zszokowaliśmy się nieco, gdy odkryliśmy, że na całej wyspie są.. Uwaga!.. 3, słownie:TRZY stacje! W sumie po co im więcej. Do tego takie jakieś pochowane, że za nic znaleźć nie mogliśmy :) Znaczy, znalazłyby się wcześniej, ale nasza przedpotopowa mapa jakoś mylnie miała drogi zaznaczone i ciągle nie tą do miasteczka wjeżdżaliśmy :)

Ostatecznie, na oparach, udało nam się ją znaleźć ;)

A tak przy okazji stacji - szukaliśmy myjni, jakiejkolwiek myjni - ręcznej, mechanicznej, wiaderka z wodą, żeby umyć samochoda. Hehe - na całej wyspie są Dwie!! :) Przy czym jedna we Fronterze, tak automatyczna, na pieniążek. A druga w Valverde - pan myje ręcznie w Nieoznaczonym garażu - oczywiście czynna tylko wtedy kiedy jest pan, czyli Bliżej Nie Wiadomo Kiedy ;)

Jednym słowem - Rozrywka na całego ;)



Na El Hierro dotarliśmy promem z sąsiedniej La Palmy. Sama podróż naprawdę fajna - trwała ok. 4 godziny: przez pierwsze dwie oglądaliśmy oddalającą się La Palmę, po czym, kiedy ta jeszcze całkowicie nie znikła, na horyzoncie pokazało się Hierro. Do tego przepiękny zachód słońca na oceanie - raczej nie trzeba tego bardziej zachwalać :)

Pierwszym małym szokiem okazał się… port. Tak maleńki, tak nic w nim nie ma. Jedynie bar i okienka kasowe na promy, otwarte oczywiście tylko wtedy, kiedy któryś ma odpływać.

Do tego wszędzie tak mało światełek - dopływaliśmy po ciemku, a wyspa wydawała się być całkiem wyludniona :) Może nie powinno to dziwić - wszakże, idąc za wikipedią, mieszka tam tylko 10 tys. osób. No ale my Dzieci Wielkiego Miasta oczywiście nie byliśmy przygotowani na taką odmianę :)

Jako punkt docelowy obraliśmy stolicę wyspy - Valverde, mając na uwadze, że powinno się tam znajdować wyspowe Centrum Wszystkiego. No a na początek to chociaż nocleg i jakiś bar z kolacją :) Przeliczyć się nie przeliczyliśmy, pokoik znaleźliśmy w przysłowiowe 5 minut, knajpę również.

Jednak całość wrażeń od chwili postawienia nóżek na lądzie była tak mocna, że poszliśmy spać w jakichś takich niewyraźnych nastrojach..



Tak naprawdę to nasze wakacje miały być całkiem gdzie indziej, ale jak to zwykle bywa, w ostatniej chwili zmieniliśmy zdanie i postanowiliśmy zobaczyć tą w zasadzie najmniejszą wyspę z Kanarów.

Byliśmy tam cały tydzień. Mało? Ja bym powiedziała, że to był AŻ tydzień ;) Nie, nie to żeby była brzydka, że nie warto. Wręcz przeciwnie :) Jest naprawdę ładnie, do obejrzenia całe mnóstwo miejsc. No ale jednocześnie niewielka (278 km2), więc wszystko to można zobaczyć w 2 dni :)

A co robić przez pozostałe 5 ? ;) Zasadniczo gdziekolwiek indziej nie byłoby problemu z wyszukaniem rozrywkowego zajęcia. El Hierro, jak się okazało, nieco odbiega od tego schematu :D Ale o tym może dalej…