Z zachwycającego Sabinal już tylko kilka kroków dzieli nas od punktu widokowego Mirador de Bascos, gdzie oczywiście jedziemy.

Na całej wyspie jest ich kilkanaście - tych oznaczonych, oraz mnóstwo miejsc, zatoczek, gdzie można przycupnąć i porozkoszować się pięknem otoczenia. W zasadzie nie ma co się długo rozpisywać o poszczególnych, bądź wręcz przeciwnie - można by w nieskończoność opisywać rozciągające się z nich widoki, ale nawet najlepszy tekst nie odda tego co się widzi :) No a i moje umiejętności pisarskie zbyt małe są, żeby ująć to doskonale w ramy liter i wyrazów, toteż nie podejmuję się tego :)

Może po prostu podsumuję to wszystko jednym słowem - jest ZACHWYCAJĄCO!

Ze wszystkich miradorów na jakie dotarliśmy jest kilka, o które warto zahaczyć. Jeden z nich to właśnie Mirador de Bascos. Kolejny to położony przy El Pinar - Mirador de Tanajara, którego sama drewniana konstrukcja przyprawia już o zawrót głowy ;) . Ciekawy jest również Mirador de Las Playas, z widokiem na całą tą zatoczkę i największy tu hotel (czy najlepszy to inna sprawa..). W samym centrum wyspy mamy Mirador del Golfo (lub inaczej la Llania), z którego możemy obejrzeć całe północne wybrzeże i wioski pod nami, m.in. całą La Fronterę. No i na koniec ten najbardziej atrakcyjny - Mirador de la Pena autorstwa artysty z Lanzarote Cesara Manrique. Bardzo ciekawie zaprojektowany, ze zgrabnie wkomponowaną w to restauracyjką. A panorama? Jak zawsze fantastyczna, na całą zatokę El Golfo, na ten najmniejszy hotelik wysunięty w morze, oraz na góry i przecinające je chmury :)

Ale co tu mówić wiele - to po prostu Trzeba zobaczyć na własne oczy :)



Kolejny przystanek - El Sabinal. I to jest miejsce, którego uważam nie można opuścić podczas pobytu na El Hierro. Po prostu powinno być koniecznym punktem każdej tu wizyty.

Wyobraźcie sobie przestrzeń - wszystko w tonacji jasnego drewna i szarości. Powierzchnie pokryte znikomą roślinnością. I te drzewa. Drzewa niesamowicie powyginane pod wpływem wiecznie wiejących, bardzo silnych wiatrów. Poskręcane konary, powykręcane pnie. Korony tak nisko wygięte ku ziemi, że wydają się nieomal po niej pełzać.

Wygląda jak wielkie pobojowisko. Cisza po burzy. Nieodłącznie kojarzyło mi się z polem bitwy z Władcy Pierścieni.

Tak niesamowite, że można w nieskończoność napawać się tym widokiem. I zauroczyć.

A widok tych drzew? Niesamowity.

Zachwycający.

Przerażający.

Upajający.



Dwa dni później, już z konkretnym planem co kolejno zobaczyć, wyruszyliśmy w naszą drugą “podróż” dookoła wyspy. Jako że nie było specjalnie innej drogi pojechaliśmy jak zwykle wzdłuż północnego wybrzeża, kierując się na zachód i potem na południe. Wszystko to piękną asfaltową drogą, aż do zakrętu na Faro. Tu na wybojach mniejszych i większych powytrząsaliśmy nasze skromne śniadanie i obiliśmy zadki, ale w końcu dojechaliśmy do Latarni Morskiej. Latarni Faro de Orchilla - dawniej punktu nawigacyjnego dla statków wskazującego na okolice Południka Zerowego.

Latarnia faktycznie, na skraju prawie stoi. Szkoda że wygląd jej nie zachęca nawet do zrobienia zdjęcia, tak jest zaniedbana, pomazana, obdrapana. Odkąd zrobili ją automatyczną, to chyba niewiele osób (poza turystami) tu przychodzi. Oczywiście jest zamknięta. Zasadniczo atrakcję niewielką stanowi.

Tuż obok, na skałach, wznosi się krzyż, a tuż obok niego taki nagrobkowy posążek pierwszego latarnika.

W drodze powrotnej, kilkadziesiąt metrów od faro odbija pieszy szlak w bok. Szlak na Monumento al Meridiano - monument wskazujący na Punkt, gdzie niegdyś przebiegał Południk Zerowy.

Standardowa temperatura 36 stopni i łysa, niczym nie osłonięta droga może i trochę przeraża, ale zwycięża chęć zobaczenia tego miejsca :). Droga jest łatwa, mijamy wulkany, kratery, lawy :) I w końcu docieramy do Postumentu.

Szczerze mówiąc wyobrażałam sobie, że tak ważny punkt będzie miał coś bardziej znaczącego, niż pionowy betonowy kloc z dziurą w środku na kawałek drucianego globusa, ale w sumie nie zaważyło to na mojej opinii o tym miejscu aż tak bardzo. I gdybym była tam jeszcze raz, to też bym sobie do niego poszła. W końcu nie każdy w życiu stał na Południku Zerowym ;)

Fajna opcja dla turystów - w punktach informacji turystycznej można dostać Certyfikat, że się było na Południku :) I jak na głupiego turyste przystało oczywiście Ja taki mam :D



Z zalesionych szczytów górskich skierowaliśmy się na samo południe. Do tego co nazywają miejscowością turystyczną, czyli do La Restinga. Droga naprawdę fajna. Zjeżdżamy w dół, droga miejscami kręta, za El Pinar zostawiamy ostatnie zabudowania i jedziemy.. pustkowiem. W dole widzimy kratery wulkanów, przestrzenie pokryte lawą, krajobraz nieco księżycowy. I tak przez 14 km, kiedy to zza zakrętów wyłaniają się pierwsze budynki Restingi.

I tu się kończy co było piękne ;)

Nie da się ukryć, Restinga odbiega wyobrażeniami od tego co nazywamy miejscowością turystyczną. Oczywiście jest tu mała zatoczka, porcik jachtowy i niewielka plażyczka (czarna). Jest coś na kształt deptaka, jak nie ma sjesty to nawet bary są otwarte i można zjeść świeżą rybkę ;) Tyle że na tym koniec.
No i urodziwe niestety za bardzo również nie jest.

Nie było co robić, jedzenie było zamknięte, więc ruszyliśmy dalej. Na mapie zachęcająco wyglądał sąsiedni Tacoron, no i Cueva del Diablo - diabelska jaskinka, i tam się udaliśmy.

Pozostawiliśmy nasz pojazd na parkingu i poszliśmy za znakiem wskazującym na ten ciekawy obiekt. Temperatura była nieco wysoka, 34 powiedzmy stopnie, droga łysa, może nie bardzo wspinaczkowa (na szczęście), ale wystarczająco, żeby mieć jej dosyć ;) . Standardowo pomyśleliśmy, że to pewnie niedaleko, więc poszliśmy jak staliśmy :)

Idziemy, idziemy, potem się wspinamy. I tak dotarliśmy do tablicy Cueva del Diablo - niebezpieczeństwo, możliwe obsunięcia skał. Ale jakoś to z boku napisane, więc poszliśmy dalej szukać tej przeklętej jaskini.

Idziemy, idziemy, dalej się wspinamy, rękami i nogami sobie pomagamy. I tak byśmy szli i szli, tylko droga nam się skończyła… Hmm..

I co teraz? - pomyśleliśmy. Gdzież ta jaskinia? Diabeł ją chyba ogonem nakrył!

Było gorąco, i mieliśmy już cokolwiek dosyć, więc dla świętego spokoju ustaliliśmy, że była ona przy tej już miniętej tablicy, a nie będziemy do niej schodzić, bo jeszcze nam skała na łeb spadnie :D

I tak oto wyglądała nasza Krótka Wyprawa do Diabelskiej Jaskini :)



Z la Frontery pojechaliśmy drogą dalej w górę. Tym razem w zasadzie zatrzymywaliśmy się tylko na punktach widokowych lub w innych miejscach, które przyciągnęły naszą uwagę.

Cała górska droga biegnie przez bardziej lub mniej gęste lasy, głównie obsadzone słynną kanaryjską pinią (sosną). Ale ich obecność jakoś wcale nie wpłynęła na obniżenie temperatury ;/

Gdzieniegdzie widać całe przestrzenie, na których znać jeszcze efekty dawniejszych pożarów. Nie ma wogóle ściółki, nic kompletnie przy samej ziemi, tylko drzewa, z opalonymi, czarnymi korami i zielonymi igiełkami :) Domena to kanaryjskiej pinii, która na szczęście odporna na ogień jest i szybko odżywa po pożarach (o ile oczywiście nie spali się za bardzo!).

Same sosenki rosną tak dziwnie - jest jedno wzgórze, na które jak się patrzy to wygląda jakby stały na nim równym rządkiem przestraszone drzewa :) Ogólnie bardzo ładny kontrast - brąz podłoża z głęboką zielenią drzew. Bosko!

Do tego widoczki! No po prostu zachwycające jest, kiedy stoisz na jakiejś wysokości, widzisz pod sobą wyspę, na której stoisz, widzisz, jak otacza ją wielki ocean, i widzisz.. sąsiednie wyspy wyłaniające się ponad chmurami. Z jednej strony La Palma, z drugiej jedna obok drugiej Gomera i Teneryfa. Naprawdę nie można się napatrzeć!



Trasę naszą zaczęliśmy od północy, dokładniej od linii wybrzeża. Zatrzymywaliśmy się jak nam coś się w oczy rzuciło :)

Pierwszy przystanek to Punta Grande, w zasadzie pierwsza mieścinka od wyjazdu z długaśnego tunelu. I chyba jedyna, która naprawdę mi się podobała. Ładne kamienne domki, sympatyczna okolica, położona nad samym oceanem, na skalistym wybrzeżu. I do tego na jedynym, wysuniętym w morze cypelku - hotel! Zresztą Najmniejszy Hotel na świecie. Wygląda super i zapewne niesamowicie musi wyglądać pobyt tam podczas sztormu, kiedy fale walą ci w okna ;)

No ale pomimo że nawet ładne, to jakoś nie wyobrażam sobie dłuższego pobytu tam, bo po prostu nie ma tam NIC.

Tak więc wsiedliśmy w samochodzik i pojechaliśmy oglądać dalej. Oczywiście jadąc ominęliśmy połowe skrzyżowań ze skrętem na te wartościowe miejsca, i w ten sposób dotarliśmy prawie do końca wybrzeża, czyli do Pozo de la Salud. W którym też nic nie ma :) To znaczy owszem - jest hotel oraz wodno-siarkowe terapie wodne. Bardzo fajna, relaksująca i lecznicza sprawa. No ale poza tym to nie ma nic :).

Potem dalsza droga w kierunku zachodnim. Plaża Arenas Blancas, którą ominęliśmy oraz Verodal, na którą nie dotarliśmy, bo droga była strasznie kołtuniasta :).

Ale same widoki i krajobrazy były superowe. Wszędzie między tymi mieścinkami totalne pustkowie, zero domka, rzadko kiedy jakaś roślinka, wszędzie lawy, lawy i skały, lawy, skały i głaziki. Lawy - takie jeszcze nie skruszone, nie zwietrzałe. Zastygnięte i skamieniałe jak płynęły. No piękne!

Co jak co, ale po tych wakacjach nieco zwariowałam na punkcie wulkanów i law, i pieję z radości i zachwytu jak tylko zobaczę kawałek kamyczka :D I oczywiście dodatkowo robie 1000 zdjęć każdego okazu ;)

Tu w zasadzie trasa północnego wybrzeża dobiegła końca. Pozbieraliśmy kamuli (znaczy Lawek) i pojechaliśmy na trasę górską :). O czym oczywiście będzie dalej..