Po tygodniu zakończyliśmy nasz pobyt na El Hierro. Tylko tydzień, czy Aż? Ciężko mi się jeszcze ustosunkować co do tego, szczególnie biorąc pod uwagę 12-togodzinne oczekiwanie na prom w porcie, gdzie nie ma NIC :)

Ale - generalnie wyspa bardzo mi się podobała. To co widziałam, te wszystkie miejsca, naprawdę warte były zobaczenia. Sabinal, Meridiano - no rewelacja. Właściwie jeśli chodzi o samą naturę, przyrodnicze walory to wyspa jest Zajebista.

Nie jest typowo turystyczna, więc przygotowanie minimalne, ale czy to źle? Jak dla mnie bardzo przyjemnie było poznawać tę wyspę samemu, pokonywać szlaki na własnych nogach (a nie piękną asfaltową drogą i samochodem), odkrywać nowe, nie oznaczone na mapie miejsca samemu, a te polecane - po swojemu :)

Trochę zawiodłam się na wioskach. O ile krajobrazy przyrodnicze są przepiękne to wioski.. no cóż, pozostawiają wiele do życzenia. Tak naprawdę są brzydkie i kompletnie pozbawione klimatu. No i, jeśli nie jesteś mieszkańcem, to totalnie nie zapewniają ci zajęcia i rozrywki.

Tak więc, kiedy wyspę już obejrzymy wszerz i wzdłuż, pozostaje nam jedynie spacer po wciąż tych samych dwóch uliczkach lub leżenie plackiem przy skalnym baseniku :)

Podsumowując - nie jest to wymarzona wyspa na wakacje życia, ale na pewno świetne miejsce na 3-dniowy wypad w gronie znajomych na wędrówkę “szlakami el hierro”.



Z zalesionych szczytów górskich skierowaliśmy się na samo południe. Do tego co nazywają miejscowością turystyczną, czyli do La Restinga. Droga naprawdę fajna. Zjeżdżamy w dół, droga miejscami kręta, za El Pinar zostawiamy ostatnie zabudowania i jedziemy.. pustkowiem. W dole widzimy kratery wulkanów, przestrzenie pokryte lawą, krajobraz nieco księżycowy. I tak przez 14 km, kiedy to zza zakrętów wyłaniają się pierwsze budynki Restingi.

I tu się kończy co było piękne ;)

Nie da się ukryć, Restinga odbiega wyobrażeniami od tego co nazywamy miejscowością turystyczną. Oczywiście jest tu mała zatoczka, porcik jachtowy i niewielka plażyczka (czarna). Jest coś na kształt deptaka, jak nie ma sjesty to nawet bary są otwarte i można zjeść świeżą rybkę ;) Tyle że na tym koniec.
No i urodziwe niestety za bardzo również nie jest.

Nie było co robić, jedzenie było zamknięte, więc ruszyliśmy dalej. Na mapie zachęcająco wyglądał sąsiedni Tacoron, no i Cueva del Diablo - diabelska jaskinka, i tam się udaliśmy.

Pozostawiliśmy nasz pojazd na parkingu i poszliśmy za znakiem wskazującym na ten ciekawy obiekt. Temperatura była nieco wysoka, 34 powiedzmy stopnie, droga łysa, może nie bardzo wspinaczkowa (na szczęście), ale wystarczająco, żeby mieć jej dosyć ;) . Standardowo pomyśleliśmy, że to pewnie niedaleko, więc poszliśmy jak staliśmy :)

Idziemy, idziemy, potem się wspinamy. I tak dotarliśmy do tablicy Cueva del Diablo - niebezpieczeństwo, możliwe obsunięcia skał. Ale jakoś to z boku napisane, więc poszliśmy dalej szukać tej przeklętej jaskini.

Idziemy, idziemy, dalej się wspinamy, rękami i nogami sobie pomagamy. I tak byśmy szli i szli, tylko droga nam się skończyła… Hmm..

I co teraz? - pomyśleliśmy. Gdzież ta jaskinia? Diabeł ją chyba ogonem nakrył!

Było gorąco, i mieliśmy już cokolwiek dosyć, więc dla świętego spokoju ustaliliśmy, że była ona przy tej już miniętej tablicy, a nie będziemy do niej schodzić, bo jeszcze nam skała na łeb spadnie :D

I tak oto wyglądała nasza Krótka Wyprawa do Diabelskiej Jaskini :)



Goniąc za stacją trafiliśmy do Frontery. W sumie chcieliśmy przez nią przejechać i zobaczyć jak wygląda, bo nie byliśmy cały czas pewni, czy na pewno chcemy pozostać w Valverde, jako miejscu wypadowo-noclegowym. No a Frontera na mapie wyglądała dosyć zachęcająco (dużym fontem napisana ;))

Po wizycie postanowiliśmy pozostać w Valverde.

Bo i we Frontera nie ma NIC. Były zamknięte bary i domki. W okolicach apartamenty. Też na pewnej wysokości, więc o morzu za oknem można tylko pomarzyć :) Jakoś ogólnie tak mało sympatycznie.

Jedyne miejsce nawet ładne to kościół. Też ciekawe rozwiązanie: sam kościół stoi sobie przy głównej ulicy, obok niego niewielki okwiecony placyk. Za kościołem wzgórek, taki sporawy, czerwoną ziemią obsypany. A na wzgórku - dzwonnica :)



Trasę naszą zaczęliśmy od północy, dokładniej od linii wybrzeża. Zatrzymywaliśmy się jak nam coś się w oczy rzuciło :)

Pierwszy przystanek to Punta Grande, w zasadzie pierwsza mieścinka od wyjazdu z długaśnego tunelu. I chyba jedyna, która naprawdę mi się podobała. Ładne kamienne domki, sympatyczna okolica, położona nad samym oceanem, na skalistym wybrzeżu. I do tego na jedynym, wysuniętym w morze cypelku - hotel! Zresztą Najmniejszy Hotel na świecie. Wygląda super i zapewne niesamowicie musi wyglądać pobyt tam podczas sztormu, kiedy fale walą ci w okna ;)

No ale pomimo że nawet ładne, to jakoś nie wyobrażam sobie dłuższego pobytu tam, bo po prostu nie ma tam NIC.

Tak więc wsiedliśmy w samochodzik i pojechaliśmy oglądać dalej. Oczywiście jadąc ominęliśmy połowe skrzyżowań ze skrętem na te wartościowe miejsca, i w ten sposób dotarliśmy prawie do końca wybrzeża, czyli do Pozo de la Salud. W którym też nic nie ma :) To znaczy owszem - jest hotel oraz wodno-siarkowe terapie wodne. Bardzo fajna, relaksująca i lecznicza sprawa. No ale poza tym to nie ma nic :).

Potem dalsza droga w kierunku zachodnim. Plaża Arenas Blancas, którą ominęliśmy oraz Verodal, na którą nie dotarliśmy, bo droga była strasznie kołtuniasta :).

Ale same widoki i krajobrazy były superowe. Wszędzie między tymi mieścinkami totalne pustkowie, zero domka, rzadko kiedy jakaś roślinka, wszędzie lawy, lawy i skały, lawy, skały i głaziki. Lawy - takie jeszcze nie skruszone, nie zwietrzałe. Zastygnięte i skamieniałe jak płynęły. No piękne!

Co jak co, ale po tych wakacjach nieco zwariowałam na punkcie wulkanów i law, i pieję z radości i zachwytu jak tylko zobaczę kawałek kamyczka :D I oczywiście dodatkowo robie 1000 zdjęć każdego okazu ;)

Tu w zasadzie trasa północnego wybrzeża dobiegła końca. Pozbieraliśmy kamuli (znaczy Lawek) i pojechaliśmy na trasę górską :). O czym oczywiście będzie dalej..



Myśląc o stolicach zawsze przychodzą mi do głowy miasta, te większe w kraju, bardziej rozwinięte, gdzie istnieje jakieś centrum biznesu, kultury, rozrywki etc. Nie muszą to być blokowiska i sterta wieżowców, ale na pewno coś reprezentacyjnego.

No cóż, Valverde jak się okazuje to trochę inna bajka.

Jest niewielkie - no to akurat nie jest wadą samą w sobie. Zważywszy, że wyspa jest mała i ludzi tyle, że niemalże kwalifikują się jako gatunek chroniony ;), to w sumie po co tam miasto wielkości Paryża?

Do centrum prowadzi pięknie wybrukowana uliczka, wzdłuż niej niskie, małe budyneczki, szyldy bankowe, kilka sklepików z pierdółkami głównie chińskimi - Todo Desde 1 euro. Na pierwszy rzut oka nawet sympatyczne. Szkoda, że na drugi przestaje być tak pięknie i w zasadzie okazuje się, że nie ma na czym oka zawiesić ;)

W bocznej alejce znajduje się Plac i sąsiadujący z nim budynek Ayuntamiento, oraz w dole, najbardziej chyba reprezentacyjny na wyspie obiekt zabytkowy - Iglesia Santa Maria de la Concepcion. To tyle chyba, jeśli chodzi o elementy “Starego Miasta” :)

Do tego w całym mieście znajduje się 1 market (oczywiście sjesta obowiązuje, więc jak się zapomnisz to możesz nie jeść przez cały weekend - w końcu niedziela nieczynna) i 3 knajpy, w porywach do 4ech, o ile czwartą otworzą :) Co zabawne - największy budynek w mieście to Poczta ;)

Przy tym całym wrażeniu, jakby było to przedpotopowe miasto, mile zaskakująca była sprawność działania wypożyczalni pojazdów jeżdżących. And thanks for that!

Hmm, chyba nie pozostawiłam suchej nitki na Valverde. No ale nic nie poradzę na to, że jest brzydkim miastem :) Ale..

Ale za to jest niesamowicie położone. Na 600 m. n.p.m., wiecznie w chmurach. Wilgotność jest duża, temperatura ciągle ok.20 stopni, ale za to jakie to super wrażenie Spacerować w Chmurach! Czuć i widzieć jak chmury przepływają przez Ciebie, przez palce, “łapać” je w ręce.. Ja byłam zachwycona!